5 października 2017

Nie sądziłam, że żeby siąść spokojnie i w końcu napisać parę słów dla Was będę musiała znaleźć się tu gdzie teraz, czyli w szpitalu.
Zorientowanych uspokajam - z brzuszkowym lokatorem (albo lokatorką) wszystko w porządku. Niestety Kuba mój po czarnej wrześniowej serii wylądował na pediatrii z zapaleniem płuc. I żebym jeszcze nie chodziła z nim do lekarza i na kontrole to mogłabym pomyśleć - zlekceważyłam  to mam pasztet. Ale naprawdę pilnowaliśmy, dbaliśmy i chuchaliśmy a i tak jest jak jest. Od poniedziałku rezydujemy na pediatrii. 
Dzisiaj dyżur przejął Marek i właśnie mi pisał, że musieli Kubusiowi znowu zmienić wkłucie i że tym razem udało się dopiero za trzecim razem... Biedne to moje dzieciątko :( Ja niestety po półtora tygodniowej nieobecności musiałam w końcu pojawić się w pracy, bo sterta papierów urosła do wielkości monstrualnej, a pani Basia już na przemian sapała i trzęsła się, że raportu jeszcze nie ma.
Z innych rzeczy to moje samopoczucie po początkowym Armagedonie w postaci mega mdłości, anemii i ogólnej niemocy powoli wraca do jako takiej normy. Powoli też mija mi mega katar, którym zaraziłam się chyba od Kuby właśnie.

Życzcie nam zdrowia  Kochani.

8 czerwca 2017

Idzie nowe

Rozmawiałam dziś z moją Blogową siostrą emocjonalną Ślifeczką i uświadomiła mi ona, że wciąż mam o czym pisać. Uśmiechnęłam się dzięki niej i mówię - Monia - będzie nowy blog
z opowieściami z mojego życia.
Potem spotkałam się z moją sąsiadką, najlepszą jaką mam w tej zapomnianej przez świat wioseczce, gdzie bociany spacerują spokojnie po ulicach, jakby to one tu rządziły. Okazuje się, że już nie będzie ona moją sąsiadką, ale o tym co, jak i dlaczego będzie już na nowym blogu... Generalnie dotarło do mnie, że każdego dnia dzieje się tyle rzeczy - ważnych i mniej ważnych, i że te chwile bezpowrotnie przeciekają nam przez palce. I chyba warto je uwiecznić, zapamiętać. Dlatego też wszystkich tych, którzy jeszcze mnie pamiętają i chcą znów czytać proszę o pozostawienie w komentarzach wiadomości a zaproszę Was na moje nowe włości...
Do zobaczenia, do przeczytania...

Coś się kończy, coś się zaczyna...

Monia, Ty już masz zaproszenie...

30 sierpnia 2016

Zbyt wiele

Otacza mnie chaos. Wiruje wokół mnie zdarzeniami, na które nie mam wpływu, a ja nawet nie próbuje się bronić.
Kuba idzie do przedszkola. Zamiast skupić się tylko na dziecku musze walczyć z babcia, ze przeciez sobie poradzi. Że nie on pierwszy, nie najmniejszy i naprawde mówienie, ze nie będzie chodził bo nie, bo się nie zaaklimatyzuje i juz do niczego nie prowadzi. Z Markiem, który jest przerażony faktem, że jego maly synek zostanie na kilka godzin bez mamy i taty. Słów mi brakuje na to wszystko. Czuje, ze nie ogarniam, nie panuje nad niczym...


Na dodatek osaczają mnie ciężarne koleżanki. Większość z tych które miały jedno dziecko albo juz się postarały o kolejne, albo są w trakcie, albo intensywnie pracują nad realizacja. Ja natomiast jestem przerażona, ze znowu miałabym przez to wszystko przechodzić. Kocham Kubusia i absolutnie nie żałuję, ze przeszłam te trudna drogę żeby go urodzić, ale boje się, ze kolejny raz nie dam rady... Czuje jednak, że Marek też oczekuje ode mnie niejako zgody na powiększenie rodziny. Mówi o tym, że tak wspaniale byłoby mieć kolejne dziecko, ze Kuba powinien mieć rodzeństwo. Ja zaś wymyślam miliony powodów dlaczego jeszcze nie, ale kiedyś mi się one skończą... I co wtedy? Ulegnę i zrobię coś wbrew sobie, po to żeby uszczęśliwić innych? Nie mam pojęcia.... Nigdy nie umiałam walczyć o siebie..

14 kwietnia 2016

Próżnia

Siedzę w pracy, zliczam sprawozdanie o roboczej pulpitowej nazwie KM (czytaj Ku*wa M*ć - przerywniki nadal rządzą) - ktoś w tym GUSie musiał się strasznie nudzić, skoro wymyślił takiego potwora. A teraz ja muszę przez tego ktosia rzucać tymi przerywnikami i liczyć ile papieru zużyła firma w zeszłym roku, ile napojów wypili pracownicy i ile środków chemicznych zużyła sprzątaczka... Medal za debilizm dla tego ktosia po prostu.
No i siedzę i liczę. I czuję się totalnie pusta w środku. Po tej ostatniej kłótni po prostu coś we mnie umarło. Codziennie wracam do domu, męża nie ma bo druga zmiana więc tylko Młody nadaje się do dotrzymywania mi towarzystwa. Na teścia i teściową patrzeć nie mogę. Po tym co usłyszałam w sobotę zastanawiam się jak oni mogą zachowywać się tak jakby nic się nie stało.
Przedtem wydawało mi się niejako naturalne (czytaj: taka natura teściowej), że przyczepiała się mama męża mego o to czy o tamto. Ale okazuje się, że ja właściwie winna jestem całemu złu świata w naszym domu. Pralka nie wyprała tak jak trzeba - do mnie pretensje. Śledź został jeden ze Świąt i się zepsuł bo nikt go nie zjadł - moja wina, choć przecież nie tylko ja w tym domu sporadycznie śledzie jadam. I tak wiele innych rzeczy. Wczoraj prałam kurtki męża wiosenne. Usłyszałam, że dlaczego nie wyprałam jeszcze spodni? Bo prałam kurtki na programie do kurtek. Proste.
Nie ma z tej sytuacji dobrego wyjścia. Nie jestem wymarzoną synową teściowej mojej. Ja ją do tej pory szanowałam, starałam się lubić, dostrzegać dobre strony, traktować jak jajko i brać pod uwagę jej zdanie w kwestiach, których uwzględnienie tegoż zdania było możliwe. W końcu to ja przyszłam mieszkać do jej domu... Ale okazuje się, że to za mało.
Pewna moja znajoma, którą moja teściowa notabene uwielbia i zawsze wychwala pod niebiosa, powiedziała mi kiedyś, że ona by z tą kobietą jednego dnia pod wspólnym dachem nie wytrzymała. Powinno to być dla mnie ostrzeżeniem...

13 kwietnia 2016

Przerywnik

Czasem dzieje się coś takiego, że nie pozostaje nic innego, jak tylko głośno i soczyście użyć tradycyjnego polskiego przerywnika. Ja nie wiem, czy to z ludzi wychodzi co najgorsze, czy to może tylko szczera prawda skrywana dotąd szczelnie pod płaszczykiem obłudy. Grunt, że wylazło, wywrzeszczało się, powiedziało co myśli a teraz udaje, że przecież nic się nie stało. Ja pamiętam, bardzo dobrze pamiętam. Od teraz każde usłyszane słowo analizuję, przepuszczam przez nowo nabyty filtr. Kolejny raz przekonałam się, że jak ktoś ma miękkie serce to musi mieć twardą dupę. Wiecie, gdzie sprzedają przypadkiem takie dupne pancerze?? Bo przydałby mi się bardzo. Przykleimy od razu na stałe.

11 marca 2016

Krótka forma literacka

Lustro w łazience jest bezlitosne... Kurcze, po co założyli tą mocniejszą żarówkę - wszystkie zmarszczki mi widać. A tak to mogłam chociaż udawać, że nadal jestem piękna i młoda. Muszę zainwestować w porządny krem przeciwzmarszczkowy i taki na cienie pod oczami i taki na kurze łapki i taki na przebarwienia i ... lepiej zmienię żarówkę na słabszą. Wyjdzie taniej. 
Czy to wszystko musi spotykać kobietę po przekroczeniu trzydziestego roku życia?? I jeszcze te spodnie. No skurczyły się. Skurczyły się i tyle, bo przecież jak je kupiłam to leżały idealnie. A teraz nagle jakby się nie dopinały, jakby bardzo nawet. Skurczyły się w praniu jak nic.
Moje rozmyślania przerywa tupot małych stópek i dobijanie się do drzwi.
- Mamo, ćiem bobek!
No tak. Moje dziecko ma tak dalece rozwiniętą umiejętność mowy, że czasem mam wrażenie, że uczył go sam mistrz Joda.
- Chodź mały Trollu.
- Mamo, ty teś bobek. - Już wiem, że ma na dyskusji. Wyciągam nocnik, sadzam na nim małą dupkę, a swoją większą lokuję na klapie od sedesu i cierpliwie czekam, aż moje dziecię stworzy to co zamierza stworzyć. W między czasie wysłuchuję miksu Muchy w Mucholocie i Leci Bociek Leci.
Mój wzrok znów wędruje do odbicia w lustrze. Oto ja - trzydziestoletnia a nawet już prawie trzydziestojednoletnia. Gdzie się podziała ta piegowata nastolatka, której wydawało się, że nigdy nie dorośnie. A odpowiedzialną to już na pewno nigdy nie będzie. Nastolatka, która kochała czytać książki, nosić skarpetki w paski, śmiać się. Z lustra patrzy na mnie poważna twarz. Owszem, uśmiech często na niej gości, czego dowodem jest świeżo odkryte zapotrzebowanie na kremy przeciwzmarszczkowe.
 Ale czy to nadal ja? Czy w tej pogoni za nie wiadomo czym nie zgubiłam gdzieś po drodze kawałka siebie?
 Młody skończył produkować. Trzeba wytrzeć porządnie tyłek , założyć majty na pupke i biec dalej. Aż dobiegniemy do kolejnych urodzin rujnujących urodę a wcale nie dodających mądrości.


22 lutego 2016

Spotkanie

Poranek. Szarówka jeszcze na ulicach, ludzie śpieszą do pracy. Ja też do pracy, choć bez pośpiechu. W słuchawkach Igor Herbut śpiewa mi pięknym głosem, żebym spojrzała w niebo, choćby na 5 minut... Zamiast w niebo spojrzałam przed siebie i zobaczyłam Jego - znaczy braciszka mojego najmłodszego.
Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam tak bliskie spotkanie trzeciego stopnia - będzie kilka lat chyba. Przystanęłam więc, żeby porozmawiać, nadrobić czas... No i nadrobiłam - usłyszałam, że mam "nie swój kolor włosów, tylko paskudny, fe, okropny rudy. A rude jest fałszywe i wredne. Uśmiechnęłam się tylko, popytałam jak się ma pozostała część rodziny jego, czyli małżonka szanowna. Usłyszałam, że na ten temat uzgodnił z żoną swą, że nie będzie rozmawiał. Ok, jak sobie chcesz. Zapytać źle, nie zapytać też... Pomyślałam sobie, że ogólnie takie perełki i miłe rzeczy słyszę za każdym razem, kiedy jakimś cudem spotykamy się na ulicy. Że przytyłam, że zbrzydłam, że on myślał że ja jakąś socjologię albo inną pedagogikę skończyłam a nie księgowość... I wiecie co - dobrze, że go tak rzadko widuję. Zdrowsza jestem, spokojniejsza, nieświadoma swojej niedoskonałości i niedociągnięć swoich. I tylko w sercu taki mały smutek, bo wiem, że On szczęśliwym człowiekiem nie jest...